Zapad znaczy zachód

Tydzień temu, bladym świtem, spakowaliśmy manatki, zabraliśmy dziecko i pojechaliśmy do wsi Nesztin (Нештин). Jest to ostatnia wieś przed granicą z Chorwacją, zachodnia część Fruszkiej Gory. Gdy tylko okazało się, że jedno ze stowarzyszeń entuzjastów łażenia po górach (ПСД Поштар) organizuje wypad w ten region, z dnia na dzień zdecydowaliśmy, że idziemy. Nazwa trasy to Fruszka Gora, którą się z rzadka idzie. I tak jest. Większość oznaczonych szlaków zebranych jest we wschodniej części, tam się nie zgubicie, ba poradzicie sobie zarówno bez mapy jak i z książeczką dostępna w informacji turystycznej. Zachodnia część to nadal biała plama na mapie promowanych szlaków turystycznych. A warto się tu wybrać z kilku powodów. Po pierwsze przyroda i teren jest tu zgoła inny niż na wschodzie, więcej kwiecistych łąk, inna roślinność, bardzo przyjemna odmiana, po lesistym i już schodzonym wschodzie. Po drugie monastyry, które się rzadko odwiedza, które emanują zupełnie innym duchem, jakąś mistyką, atmosferą trochę zamkniętą, sama nie wiem.

Plan był taki, trzeba stawić się w Nesztinie o 8:30. Do Nesztina jedzie się ok 40km przez Kamenicę, Banosztor, Beoczin, wszystkie miejscowości położone nad Dunajem, z drogi widać z prawej strony rzekę, z lewej mamy Fruszką Gorę. Dalej plan był taki: 23 km, rozglądanie się po Nesztinie, odwiedziny w cerkwi, stara chata pokryta trzciną, przez lasy, łąki, pola, potoki, doliny i pagórki spacer do monastyru Ђипша, po drodze zbierając i jedząc сремуш (sremusz czyli czosnek niedźwiedzi), następnie powrót inną trasa do Nesztina. Noga za nogą i powrót do Nowego Sadu ok. 19.


Pokaż 06.04.2014 Запад-Запад na większej mapie

Od początku wiedzieliśmy, że ze względu na małą podróżniczkę całej trasy nie przejedziemy. Plan był dojść do monastyru, tam czekał samochód i mieliśmy wyruszyć do kolejnych monastyrów już samochodem. Jednak nasza przygoda zakończyła się na monastyrze Ђипша gdyż po prostu nie wyrobiliśmy się czasowo, a wszystko za sprawą dużej frekwencji entuzjastów niedzieli w przyrodzie. Na umówione miejsce stawiło się aż 90 osób! Organizator, a nasz kolega, był szalenie zdziwiony takim odzewem, oczekiwał grupy 5 do 10 łazików. Grupa była duża, różnorodna, a co za tym idzie cała wyprawa szła bardzo wolno, bo zanim ogon dotarł na miejsce przerwy na odpoczynek, początek był już gotowy do drogi.

My ze względu na nasze przerwy w drodze na karmienie i inne niemowlęce procedury, umówiliśmy się, że na nas nie czekają a jedynie zostawiają nam znaki na drodze (szlak tylko częściowo jest oznaczony), a my szybko ich dogonimy. Tak też i było, mała jadła, zmieniała pieluchę, a mimo to nie odstawaliśmy od grupy. Takie uroki spaceru w „tłoku”. Co ciekawe większość osób dopiero w połowie drogi zorientowało się, że idzie z nami pół roczne niemowlę. No cóż dzielna dziewczyna.

Sama trasa nie była wymagająca. Jeśli chodzi o zmiany wysokości to były nieodczuwalne. Jedyny minus dla przyrody to… lepiące się do butów błoto. W samym monastyrze już kiedyś byłam ale o nim napisze innym razem. Warto było przejść tych 13 km, odetchnąć świeżym powietrzem, nacieszyć oczy wiosenną zielenią, słońcem, kwitnącymi kwiatami, wysłuchać wykładu starszego pana o społecznej wartości spacerów w takiej dużej grupie, nadziwić się ludziom zaopatrzonym w kijki, ochraniacze i pełne plecaki tak jakby wybierali się na wyprawę trzydniową. Wszystko to ma swój urok.

frugozapad-30

Monastyr Ђипша

3 komentarze

  • Odpowiedz Kwiecień 15, 2014

    magda behar

    Wiosna, wiosna!:)
    Ale super wycieczka! A Twoja kćerkica jakie ma sympatyczne liczko 🙂

  • Odpowiedz Kwiecień 17, 2014

    Aggy

    Jaka słodka panna rośnie! Pogodnych Świąt!!

  • Odpowiedz Kwiecień 17, 2014

    Ania Sojka.Ptica

    Rośnie mała flirciara – o tyle powiem 😉 Pozdrawiam już prawie świątecznie 🙂

Dodaj komentarz